Żywa obecność

Oglądając różnego rodzaju dzieła sztuki doznaję czasem szczególnie silnie obecności niektórych z nich. Myślę, że jest to podstawowe kryterium wartościowania sztuki w ogóle (przy założeniu, że osoba dokonująca osądu posiada wrażliwość artystyczną). Obrazy, rzeźby albo fotografie mają wartość, jeśli przyciągają nas do siebie, zmuszają do przyjrzenia im się, uruchamiają złożony proces przeżywania. Jednym słowem: działają. Ogromna większość dzieł sztuki dawnej posiada już tylko wartość muzealną. Przekonałem się o tym w wielu znanych i mniej znanych galeriach europejskich i amerykańskich. Również przytłaczająca większość dzieł sztuki nowoczesnej jest dziś martwa. Są to setki tysięcy, miliony obiektów bez znaczenia. Ich podaż rośnie z roku na rok, bo rośnie liczba uczelni artystycznych na całym świecie, rośnie liczba artystów, z których tylko niektórzy są tak naprawdę artystami. Bełtanie ludziom w głowach przez różnych specjalistów, znawców, samozwańcze autorytety nie wychodzi sztuce na dobre. Różne -izmy, mody szybko przemijają, dzieło musi obronić się samo. A broni się, jeśli posiada wartość samoistną.

Zwiedzając jakiś obiekt muzealny w Rzymie, Palermo, Wiedniu czy Paryżu, rzadko zwracam uwagę na podpisy co jest czyje i z którego wieku, liczy się dla mnie jedno – czy coś, na co patrzę, działa na mnie. Idę, uważnie patrzę, czasem zatrzymuję na dłużej, bo czuję, że muszę się zatrzymać. Dzieło zaprasza mnie do dialogu, zachwyca, szokuje… czuję jego żywą obecność.

Całkiem niedawno odkryłem prace amerykańskiego fotografa Terry’ego Richardsona. Kilka z nich zrobiło na mnie spore wrażenie. Szczególnie zdjęcie z dwoma cudownymi dziewczynami pochłaniającymi spaghetti. Siedzą przodem obok siebie z talerzami klusek w dłoniach. To, jak jedzą i jakie miny przy tym robią, mówi o nich wszystko. Uchwycone w najlepszym z możliwych momentów, ujawniają w pełni swoje jestestwa, promieniejąc przy tym zniewalającą zmysłowością. Zdjęcie to skojarzyło mi się z niektórymi obrazami Hendricka ter Brugghena, XVII-wiecznego malarza holenderskiego. Jego bachantka z małpką zajadającą winogrona, jest równie zniewalająca. A jak namalowana (jasne fragmenty odsłoniętego ciała, oblekające ją cudowne sploty różnobarwnej tkaniny, winogrona połyskujące w słońcu) – Rubens by się nie powstydził. Ściskając kiść winnej latorośli, bachantka uśmiecha się zaczepnie w kierunku obserwatora. Jej uśmiech i uśmiech brunetki ze zdjęcia (oba szczere) mają podobny sens.

Współczesny fotograf amerykański oraz XVII-wieczny malarz holenderski stworzyli dzieła, które oddziałują żywą obecnością prawdziwej sztuki.

Włodzimierz Szpak

Mar 2, 2019 by