Programator snów

Od dawna interesował się marzeniami sennymi oraz chciał mieć wpływ na ich treść. W swych teoretycznych rozważaniach sięgał daleko wstecz; zastanawiał się na przykład – o czym śnił człowiek z epoki kamienia łupanego? Oczywiście domyślał się ale uważał, że sny człowieka z epoki komputerów nie różnią się bardzo od tamtych. Jednego był pewien: ludzie od zawsze próbowali sobie sny „programować”, stosując mniej lub bardziej wyrafinowane metody autosugestii do sterowania własnym, uśpionym umysłem.

Najłatwiej było myśleć przez cały dzień i cały wieczór na jeden temat, licząc na kontynuację marzeń we śnie i mając nadzieję, że wyobraźnia będzie wtedy zdecydowanie odważniejsza a niczym nie hamowane emocje intensywniejsze niż w rzeczywistości. Scenariusze przyszłych snów szkicowali zwykle tak, aby kompensować własne niedoskonałości fizyczne lub umysłowe, czy też materialny niedostatek. Często w planowanych realiach marzeń sennych pojawiały się postacie wzięte z życia, lecz przewidziane do ról których normalnie nigdy by nie zagrały. Jednak wymyślne sposoby wpływania na tematykę i przebieg sennych miraży na ogół na nic się nie zdawały. Umysł śpiącej osoby był całkowicie wolny i nieprzewidywalny.

Postanowił to zmienić. Wykorzystał wszelkie możliwe do zdobycia informacje na temat prac nad komputerem biologicznym i zaczął budować… programator snów. Pierwsze udane eksperymenty które przeprowadził na sobie, przekonały go o słuszności wcześniejszych przewidywań, iż urządzenie takie da się wykonać. Cieszyła go możliwość wygodnego sprzężenia z mózgiem śpiącej osoby poprzez bezprzewodowy system łączności podobny do „biologicznego Bluetooth’a”. Jednak nie do końca miał wpływ na powtarzalność przygotowywanych scenariuszy. Programator potrafił zaskakiwać i to czasem bardzo nieprzyjemnie. Np. w zaprogramowanym śnie, w którym miał zbankrutować znienawidzony sąsiad, nieszczęście to spotykało jego przyjaciela. Gdy zaplanował, że fantastyczna dziewczyna kolegi pójdzie w jego ramiona – ona znajdowała trzeciego i temu oddawała się bez reszty…

Wkrótce okazało się, że sensownie zaprogramować można jedynie zarys, ogólną koncepcję snu, bez wpływu na szczegóły. A więc plany wykorzystania programatora snów do uszczęśliwienia ludzkości – a taki cel mu przyświecał – spełzły na niczym. Tak mu się – przynajmniej na tym etapie – wydawało…

Wprawdzie przemyśliwał nad rozwiązaniami, które mimo wszystko miałyby szerokie zastosowanie, np. w sądownictwie. Perspektywa skazania więźnia na rok koszmarnie męczących snów w jego własnym łóżku, miałaby sens ze względu na istniejące problemy z brakiem miejsc dla nowych skazańców. Z kolei można sobie wyobrazić, iż dysponowanie oryginalnymi nagrodami w postaci okresowego abonamentu na rozkosznie przyjemne sny – dawałoby niezłe dochody państwowemu Totalizatorowi czy poważne oszczędności wielu firmom.

Jednak najbardziej kręcił go pomysł który – pośrednio ale jednak – mógłby pełnić rolę wspomnianego „uszczęśliwiacza”. Było to wybitnie pożyteczne zastosowanie dla koszmaru sennego, programowanego nawet bez potrzeby wnikania w szczegóły jego scenariusza. Trudno nie zauważyć, że każdy kto jest niezadowolony z życia, z mieszkania, ze swojej pensji, ze swej partnerki – otrzymując serię seansów odpowiednio zaprogramowanego snu, zacznie przeżywać podobne rzeczy w sposób po stokroć bardziej przykry i będzie tylko marzył o tym, żeby się obudzić… A obudziwszy się będzie dziękował Bogu, że to mu się tylko przyśniło!

Maj 1, 2012 by