Marsz Zadowolonych

Wszyscy Zadowoleni (a była ich przecież dominująca większość), w odróżnieniu od Oburzonych, nie demonstrowali swojego zadowolenia w miejscach publicznych. Słusznie uważali, że ich zadowolenie – jako samo z siebie oczywiste – nie musi być okazywane wszem i wobec. Nie musieli wylegać na ulice z transparentami, śpiewem i okrzykami. I tak było wiadomo, że są zadowoleni!

Ale taka sytuacja nie mogła trwać wiecznie. Z czasem okazało się, że niektóre media (szczególnie te niezależne) nie do końca wierzą w istnienie Zadowolonych. Przynajmniej w takiej ilości, o jakiej się do tej pory mówiło. Pytani o to politycy kojarzeni z Zadowolonymi, wymigiwali się od konkretnej odpowiedzi, wskazując zwykle na polityków związanych z Oburzonymi – po to tylko, żeby na skutek zawiłej gry słów tych ostatnich można było wnioskować, iż skoro Oburzeni są w mniejszości, to Zadowolonych musi być większość…

Zadowoleni odczuwali ze wszystkich stron, nawet we własnym środowisku, wyraźną presję do udowodnienia, iż nie są wielbłądami. Zatem wszystko zmierzało ku temu, żeby zorganizować ogromną manifestację zadowolenia. Media zaczęły przygotowywać do tego społeczeństwo powoli i systematycznie. Wyznaczono trasę, a władze stolicy wydały zgodę. Wiadomo było, że będzie to największy od wielu lat marsz uliczny, którego nic nie będzie w stanie zakłócić, nawet zapowiadana przez Oburzonych kontr-manifestacja.I oto nadszedł dzień, w którym Zadowoleni mieli pokazać, kto tu rządzi naprawdę…

Formowanie szeregów Marszu Zadowolonych trwało dość długo. Najdziwniejsze było to, że zarówno telewizja publiczna, jak i stacje prywatne, zamiast pokazywać tłumy spokojnie maszerujących Zadowolonych (liczących już na oko dziesiątki tysięcy), relacjonowały wydarzenia na jednym z warszawskich placów, gdzie policja nawoływała przez megafony do spokoju! Nic nie wskazywało na to, żeby do akcji wkroczyli Oburzeni, a jednak robiło się tam coraz goręcej. W końcu policja użyła gazów łzawiących i armatek wodnych przeciwko grupkom krewkich, zakapturzonych młodzieńców, którzy z zakrytymi twarzami atakowali policjantów w stylu jaki telewidzowie znali z tzw. ulicznych zadym, przebiegających na całym świecie niemal identycznie.

Na nic się nie zdał zdwojony wysiłek wszystkich spokojnie i godnie maszerujących, aby ich Marsz udał się, i był postrzegany jako dowód ich zadowolenia. Radiowe i telewizyjne dzienniki wieczorne prześcigały się w komentowaniu w kółko tych samych scen obrzucania policjantów kamieniami, lub palącego się samochodu policyjnego. Następnego dnia rano wszystkie gazety pokazały znane już do znudzenia momenty utrwalone na fotografiach, a uczestnicy Marszu (w liczbie podobno niemal stu tysięcy) jakoś nie mogli odnaleźć choćby jednej rzetelnej wzmianki o przebiegu ich prawdziwie udanej, fantastycznej manifestacji zadowolenia.

Nie sposób było się domyśleć o co tu chodzi i kto za tym stoi. Była to wyraźna manipulacja – jednak oficjalnie nikt tego tak nie nazwał. Można było o tym usłyszeć tylko w niezależnym Radiu ZARAZ, znanym jako media prawdziwie publiczne

Maj 1, 2012 by