Język wewnętrzny: jak rozmawiać z samym sobą.

[Fragment artykułu z polityka.pl]

Jak słowo rządzi mózgiem

Na początku nie ma słowa. Niemowlę odbiera świat względnie biernie. Można to porównać do odtwarzania obrazu z kamery. Zbiera dane ze zmysłów i przetwarza je na obrazy. Rejestruje świat w sposób najbardziej wierny, nie zniekształcony przez subiektywny ogląd rzeczywistości, czyli nie ma jeszcze wyobrażeń obiektów, które poza umysłem nie istnieją. Dziewicza niewinność tego spostrzegania kończy się około 6. miesiąca życia wraz z początkiem rozwoju języka.

Od tego momentu mózg niemowlęcia rozpoczyna proces specjalizacji półkulowej. Lewa część mózgu zaczyna tworzenie tzw. świata-słów. Jej spojrzenie jest abstrakcyjne i dedukcyjne, uwzględnia związki przyczynowo-skutkowe oraz kolejność zdarzeń. Jest analityczna i skupiona na szczegółach, nie zajmuje się obrazem całości. Rozkładając świat na czynniki pierwsze, rozkłada go na poszczególne słowa – mówiąc metaforycznie, dostrzega nie cały las, lecz poszczególne drzewa. System językowy jest przypuszczalnie głównym składnikiem naszego osobistego i świadomego odczuwania rzeczywistości i budowania wewnętrznego poczucia „ja”.

Prawa półkula mózgowa specjalizuje się w odtwarzaniu świata-nie-słów. Prezentuje holistyczne, globalne spojrzenie na rzeczywistość. Zajmuje się orientacją w przestrzeni, wzorami przestrzennymi, a przede wszystkim obrazem konkretnych przedmiotów i zdarzeń. Ukazuje cały las, nie zajmują jej pojedyncze drzewa.

Interakcja obu półkul wygląda tak: słowa przetwarzane w lewej działają jak bodźce na prawą, wyzwalając w niej obrazy mentalne, czyli wyobrażenia zdarzeń, przedmiotów i czynności. Te następnie wywołują konkretne emocje, a później zachowania.

Od momentu, gdy mózg zaczyna działać pod dyktando słów, potrafi ignorować obiektywną rzeczywistość na rzecz wyobrażeń i fantazji wytworzonych tylko pod ich wpływem. Z tego powodu wyobrażając sobie ociekającego tłuszczem kurczaka, człowiek odtwarza w myśli nie tylko smak, zapach, ale nawet chrupkość jego skórki, a to sprawia, że zaczyna być głodny.

Wyobrażenia wytworzone pod wpływem słów nie są przekazywane przez ten sam mechanizm nerwowy, ale zdrowy ludzki mózg nie odróżnia wyobrażeń opartych na języku od obrazów mentalnych opartych na faktach. Słowa wyzwalają reakcje człowieka tak samo skutecznie, jakby były realnymi przedmiotami czy zdarzeniami. Dlatego słowa potrafią być jego sprzymierzeńcem albo wpakować go w kłopoty.

Z upływem czasu, pod wpływem wielokrotnych powtórzeń spostrzeżeń i związanych z nimi łańcuchów reakcji, w lewej półkuli tworzą się przekonania, a w prawej – postawy, będące zautomatyzowanymi, bezsłownymi formami przekonań. Dzięki nim wiele codziennych działań człowiek wykonuje automatycznie, bez udziału świadomości, oszczędzając sobie czasu i trudu ich przemyśliwania. Ale przez to wiele negatywnych przekonań i postaw wchodzi do repertuaru jego myśli i działań, będąc emocjonalnym obciążeniem, z którego bez głębszej analizy albo psychoterapii często nie zdaje sobie sprawy.

Gdy jednak człowiek słyszy pochlebne słowa na swój temat, wzrasta jego samoocena. I – chcąc więcej pozytywnych emocji – jest zmotywowany do działań, które mu je dają. Dziecko więc lepiej się uczy, dorosły – rozwija np. zawodowo. Ludzie nie muszą jednak czekać, aż pochwalą ich inni. Mogą to robić sami, za pomocą własnych myśli. Dlaczego tak rzadko z tego korzystają?

W naszym kręgu kulturowym jest pewien problem z oceną własnych osiągnięć. Z jednej strony, istnieje presja na odnoszenie sukcesów. Z drugiej, bycie świadomym własnej wartości i chwalenie siebie jest odbierane ambiwalentnie. Obie postawy – „do osiągnięć” i „do skromności” – są utrwalane w człowieku od dzieciństwa. Słyszy je i chłonie, a z czasem te przekazy stają się jego przekonaniami, choć są często wobec siebie sprzeczne i hamują wzajemnie swoje oddziaływanie.

Łatwiej mu jest się strofować. Ma do dyspozycji myśli uspokajające („nie martw się, poszło całkiem nieźle”) albo wspierające („jesteś zbyt wymagający wobec siebie, innym to się podobało”). Ale zamiast nich funduje sobie: „znowu mi nie wyszło”, „jestem do niczego”, „inni robią to lepiej”, mimo że to deprymująco i demotywująco wpływa na jego samopoczucie.

Dlaczego człowiek jest wobec siebie taki krytyczny? Najczęściej dlatego, że jeśli w przeszłości był za swoje działania oceniany negatywnie (choćby przez rodziców), oczekiwanie na „wyrok” wywoływało silne emocje. One właśnie – już w dorosłości – uruchamiają zrzędliwy dialog po to, by uprzedzając krytykę, przygotować się na nią. Co gorsza, strofowanie może być sposobem na redukcję nieprzyjemnych emocji. Po krytyce następuje przecież odprężenie.

Jak słowo okiełznać

Wiedzę o tym, w jak wielkim stopniu człowiek jest więźniem słów, wykorzystują psychoterapeuci poznawczo-behawioralni. Skoro słowa rządzą tym, jak postrzega i reaguje na świat, wystarczy wpłynąć na nie, aby w istotny sposób zmienić jego stosunek do otaczającej rzeczywistości.

Psychiatra prof. Maxie Clarence Maultsby jr. stworzył wszechstronny i wielopoziomowy system psychoterapii, który określił jako Racjonalną Terapię Zachowania (RTZ). Twierdzi on, że najlepszym narzędziem i sprzymierzeńcem terapeuty jest zdrowy, niebędący pod wpływem leków mózg pacjenta. Opierając się na praktyce terapeutycznej, sformułował pięć zasad racjonalnego myślenia, których osoby emocjonalnie zdrowe zwykle instynktownie się trzymają, a znajdujące się w poważnym emocjonalnym kryzysie zwykle naruszają:

• trzymać się oczywistych faktów,

• myśleć tak, by chronić swoje życie i zdrowie, a także osiągać bliższe i dalsze cele,

• unikać niepożądanych konfliktów,

• zdrowo rozwiązywać te, które się jednak pojawiają,

• czuć się tak, jak człowiek chce się czuć, bez używania żadnych dodatkowych substancji.

Biorąc to pod uwagę, można prześwietlić każdą oceniającą myśl i odpowiedzieć na pytanie, czy spełnia ona warunki bycia zdrową? Czy też należy poszukać innych sformułowań, innych słów, by lepiej przysłużyły się samopoczuciu człowieka?

Człowiek jest częścią obiektywnej rzeczywistości, która istnieje poza nim. Żyje w niej i wchodzi z nią w interakcje. Dlatego dla utrzymania zdrowia emocjonalnego najbardziej pożądane jest podejmowanie działań w oparciu o oczywiste fakty. Kłopot w tym, że one nie znaczą dla każdego tego samego. To, co racjonalne dla jednej osoby, nie musi być racjonalne dla drugiej. Dla kogoś pragnącego miłości przelotny seks może być rozumiany jako początek związku. Ktoś niechcący się angażować uzna to za nic nieznaczącą przygodę. Z tego powodu świadkowie w amerykańskich sądach przysięgają mówić prawdę, którą znają i w którą wierzą, w ich ocenę oczywistych faktów można wątpić.

Jak w takim razie rozpoznawać najbardziej obiektywną rzeczywistość? Z pomocą przychodzi test spostrzeżeń kamerą – technika stosowana w RTZ. Pomaga się upewnić, czy to, co w danej chwili wydaje się rzeczywiste, obiektywnie pasuje do oczywistych faktów. Czy jeśli ktoś myśli o sobie: „Jestem szarą, bezbarwną myszą. Moje życie jest szare i nic niewarte”, kamera to potwierdzi? A może zarejestruje kobietę, która nad czymś myśli i przypuszczalnie się martwi? A to zupełnie inna perspektywa.

Jak słowo uzdrowić

Dlatego terapeuci RTZ przywiązują tak wielką wagę do mówienia tego, co ma się naprawdę na myśli, oraz myślenie nad tym, co się dokładnie mówi. Eliminują niedbałą semantykę, można powiedzieć, czepiają się słówek. Namawiają pacjentów, by zamieniali wyrażenia na takie, które odzwierciadlają fakty, a nie emocje. Zwykle zadanie prostego, zorientowanego na rzeczywistość pytania sprawia, że pacjent od razu dostrzega absurd i negatywizm swojego myślenia.

Takie nieadekwatne, odbiegające od faktycznego obrazu zdarzeń sposoby ich opisywania nazywają niezdrową semantyką.

Najczęstszym jej przykładem jest myślenie: „To on/ona mnie denerwuje, złości, przygnębia”. Często w mowie potocznej człowiek opisuje w ten sposób sytuacje, gdy on/ona robi coś, na co on sam się denerwuje. Różnica tylko pozornie jest nieznacząca. Podczas gdy zazwyczaj ludzie nie mają realnego wpływu na czyjeś zachowanie, mogą wpływać na swoje reakcje emocjonalne, choć często nie chcą zdać sobie z tego sprawy. Jeśli na coś się denerwuję (ja), to mogę również podjąć decyzję, by tego zaprzestać, niezależnie od okoliczności zewnętrznych. Jeśli uświadomię sobie, że decyzja należy do mnie, a nie do domniemanych „nich”, mam większe pole manewru. To ja jestem kreatorem rzeczywistości.

Niezdrowa semantyka działa nie tylko na środowisko wewnętrzne. Wpływa też na stan relacji człowieka z innymi, gdy mierzy się z ich reakcjami. Jeśli powie: „Muszę to dzisiaj zrobić!”, w odpowiedzi może usłyszeć: „Daj spokój, przecież możesz to zrobić jutro…”. Ale kiedy powie: „Chcę to dzisiaj zrobić” – uniknie namowy na zmianę zdania, bo z czyimiś chęciami trudno jest dyskutować. Poza tym jest uczciwy wobec własnych intencji. W sumie człowiek musi niewiele – jeść, oddychać i umrzeć, ale za to czegoś chce.

Niezdrowe są także uogólnienia, typu: zawsze i nigdy, wszyscy i nikt, wszystko i nic. Niemal „nigdy” nie opisują adekwatnie rzeczywistości. Niestety, większości ludzi zdarza się mówić: „nigdy nie mogę na niego liczyć”, „oni zawsze postępują w ten sposób”, „nic mi się nie udaje”, „to wszystko jest bez sensu”.

Świat ozdobiony uogólnieniami pozbawiony jest szans na zmianę. Warto zamienić je na „często” lub „czasami”, a rzeczywistość stanie się bardziej znośna.

Czy samo uświadomienie sobie złych, niepożądanych nawyków słownych, przekonań i postaw wystarcza, by uzdrowić swój system myślenia i reagowania? Niestety, nie. To dopiero początek drogi zorientowanej na higienę słowa w życiu. Kolejny etap to trening uważności na to, co i w jaki sposób się mówi. Przyda się też nawyk trzymania na ramieniu wirtualnej kamery do testowania rzeczywistości. Czy potwierdzi ona to, co człowiek potrafi w głowie wygadywać na temat siebie i świata? A może jednak temu zaprzeczy?

Eliza Koźmińska-Sikora

polityka.pl/jamyoni/1670076,1,slowa-ktore-zmieniaja-czlowieka.read

Maj 8, 2018 by